Verona
Buongiorno!
Cari miei, wjeżdżamy do Italii! Przygotujcie się na wszechobecne zachwyty! Postaram się opisać każde miejsce w osobnym wpisie, bo po prostu Włochy na to zasługują.
Verona - dzień I.
Dojechaliśmy do Werony koło 6 rano, dlatego postanowiliśmy przejść się na pieszo do naszego spanka. Wynajęliśmy mieszkanie, bo była lepsza cena niż za hostele czy inne miejscówki. Okazało się jednak, że trochę daleko od centrum było ono położone.
Szliśmy z Google Maps, który wskazywał 45 min spacerkiem. Mapka wyprowadziła nas na jakieś odludne drogi, gdzie jeździły tylko auta (wjazd na autostradę), a ludzie w nich patrzyli na nas ze zdziwieniem, ale też z uśmiechem.
Jakby tego było mało, musieliśmy przejść przez plac budowy. Złamaliśmy zakaz, ale ciii, ważne, że dotarliśmy.
Kiedy byliśmy już blisko, reszta ekipy została z bagażami, a ja udałam się w poszukiwaniu naszego mieszkania. Pytałam ludzi, czy wiedzą, gdzie znajduje się ten numer. To była moja pierwsza próba wykorzystania włoskiego. Udało się!
Po pierwsze - zrozumieli mnie. Po drugie - ja ich zrozumiałam. Po trzecie - znalazłam spanko. Weszłam, obczaiłam i dopiero poszłam po resztę.
Byłam z siebie mega dumna! Bo po miesiącu (?) konwersacji raz w tygodniu, potrafiłam się skomunikować.
Ogarnęliśmy się i ruszyliśmy do centrum. Musieliśmy poruszać się autobusem. Zaskoczeniem było to, że komunikacja miejska była nawet punktualna.
Hania była przewodniczką po Weronie. Mieliśmy lekko zarysowany plan, co chcemy zobaczyć, ale raczej zdawaliśmy się na spontaniczność.
Zaczęliśmy od jedzenia! Nie pamiętam jak to się nazywało, ale możecie zobaczyć na poniższym vlogu. To takie ciasto/pieróg smażony (calzone?), z nadzieniem pomidorowym z mozzarellą (chyba). Potem wjechały lody - podobno najlepsze w Weronie. Faktycznie były przepyszne!
Dalsza trasa: San Zeno, Casa di Giulietta (dom Julii), San Pietro, jedzonko
Na San Pietro jeszcze wracaliśmy, bo rozpościerał się tam cudowny widok na miasto.
Verona/Garda - dzień II.
W związku z pogodą (= upałami), postanowiliśmy pojechać nad Gardę i tam pochillować. Wybraliśmy miasteczko Lazise. Z rana się zebraliśmy i ledwo zdążyliśmy na autobus, ale się udało.
Dojechaliśmy do pięknego miejsca i zaczęliśmy dzień jak przystało na włoskie la dolce vita od kawki i cornetto. To właśnie takie chwile najbardziej zapadły mi w pamięć (mówię to z perspektywy roku).
Co mogę więcej powiedzieć... Trzeba być tam samemu po prostu. Powyżej kilka fotek, które i tak nie są w stanie oddać tego klimatu.
Po powrocie skoczyliśmy na pizzę polecaną przez mieszkańca Werony. To było kolejne niesamowite doświadczenie Włoch, Włochów i włoskiego. Panowie pizzayolo wzięli nas za Niemców (XD) i od tego się zaczęła rozmowa. Hania wiodła prym, bo najlepiej z nas zna włoski.
Każdy wziął jedną pizzę, a panowie dali nam sangrię za free.
W wyśmienitych nastrojach wróciliśmy do mieszkania, gdzie zrobiliśmy sobie prawdziwą ucztę. Potem musieliśmy się pakować, bo następnego dnia wyruszaliśmy do....
... Rzymu!
Verona - wyjazd
Przedostanie się na dworzec minęło bez komplikacji. Nastąpiły one tuż przed odjazdem, bo w ostatniej chwili zmienili peron, z którego jechaliśmy. Po szybkiej akcji udało nam się wsiąść do strzały - Frecciarossa - i odjechaliśmy ku dalszej przygodzie.
Ciao, ciao 👋
Oli






Komentarze
Prześlij komentarz